
Trafiłem ostatnio na artykuł w jednej z internetowych gazet, gdzie autorka opisuje nowy trend na rynku pracy – coraz więcej ludzi idzie do szkół dla dorosłych, by nauczyć się jakiegoś zawodu rzemieślniczego (stolarz, dekarz, elektryk itp.). Dla mnie to żadne odkrycie, ale jednocześnie wzbudziło to trochę wspomnień i refleksji, którymi chciałbym się podzielić.
Moje czasy szkolne przypadły na okres transformacji z PRLu w „wolną Polskę”. O ile słabo pamiętam aspekty polityczne tamtych czasów, to jednak wciąż mam w głowie mentalność naszych rodziców i dziadków i taki ogólnonarodowy kompleks pochodzenia ze sfer „robotniczych”. W latach 90-tych wśród dorosłych dominował pogląd, że ich dzieci powinny mieć lepszy start w życiu, a kluczem do tego jest jak najlepsze wykształcenie.
Mogłoby się wydawać, że taki pogląd jest jak najbardziej prawidłowy, ale jak zwykle zrealizował się w dość pokracznej i wykrzywionej formie.
Przekonanie, że dzieci powinny iść głównie do liceum i koniecznie na studia – tak powszechne nawet wśród nauczycieli z tamtych czasów – sprawiło, że na rynku gwałtownie spadło zapotrzebowanie na szkolnictwo zawodowe.
Odkąd pamiętam – jeszcze z podstawówki – panowała powszechna opinia, że do zawodówki idą tylko największe głąby, które nie mają szans zdać matury i dla nich zostaje tylko przysłowiowa „łopata” („będziesz kopać rowy!”). Szkoła zawodowa kojarzyła się tylko i wyłącznie z przechowalnią dla jełopów, kompletnie niezainteresowanych nauką. Trochę wyżej było cenione technikum – oczywiście to nie to samo co dobre liceum, ale to już nie był wstyd iść do elektryka, budowlanki czy rolniczaka. Jeśli jednak ktoś naprawdę dobrze się uczył (a ja – nie chwaląc się miałem całą podstawówkę zawsze świadectwo z czerwonym paskiem), to wszyscy dookoła naciskali, by iść do liceum i koniecznie na studia.
No i mnóstwo dzieciaków w to uwierzyło – i poszło. Mało tego – uwierzyli w swoją propagandę też rządzący, co zaowocowało likwidacją większości szkół zawodowych. Utworzono jakieś potworki typu „liceum techniczne” i tym podobne twory. Jak grzyby po deszczu pojawiły się za to kolejne uczelnie wyższe i – za przeproszeniem – „gówno” kierunki – najczęściej humanistyczne.
Jeśli ktoś jeszcze w miarę ogarniał matmę, fizykę i inne przedmioty ścisłe – no to szedł na Politechnikę. Część tych ludzi została inżynierami, część uczyła się dalej i pracuje w zawodzie, część nie.
Ale dla ogromnej rzeszy młodych ludzi, którzy nie czuli się za mocno w przedmiotach ścisłych, światełkiem w tunelu były wszelkiej maści kierunku humanistyczne. No i szli, na socjologię, filozofię, wszelkiego rodzaju europeistyki itp. Problem w tym, że jak następne lata boleśnie pokazały, nasz rynek pracy nie potrzebował tylu socjologów, historyków, filozofów czy innych humanistów.
Ten okres wzmożonej „produkcji” ludzi z „wyższym wykształceniem” nałożył się na największą zmianę geopolityczną, czyli wstąpienie Polski do Uni Europejskiej i otwarcie granic dla migracji zarobkowej.
Przez tą otwartą bramę w pierwszej kolejności pouciekali do pracy „na zachodzie” fachowcy – spawacze, stolarze, elektrycy, dekarze itp. – czyli ludzi, których w Niemczech czy Anglii bardzo brakowało. Nie żeby Niemcy czy Anglicy nie mieli swoich, o nie. Ale wyposzczeni PRLem i późniejszym chaosem gospodarczym lat 90-tych polscy fachowcy mieli 2 cechy, którymi zmiatali zachodnią konkurencję z planszy: znali się na swoim zawodzie (często łącząc te umiejętności z polską zaradnością i zdolnością do improwizacji), a także byli gotowi za przysłowiową „miskę ryżu” dosłownie „zapierdalać” po 10-12 godzin dziennie. Bo ta zachodnia „miska ryżu” to były nieosiągalne dla zwykłego śmiertelnika w Polsce zarobki rzędu 5 czy 10 razy więcej niż nasze stawki.
W późnych latach 90-tych i późniejszych 2000-nych, praktycznie każdy z nas z tych co zostali w Polsce, miał kogoś z rodziny lub znajomego gdzieś „za granicą”. Najpierw pojechali fachowcy i ludzie odważni, lub tacy, którzy nie widzieli dla siebie szansy na naszym rynku pracy. Kolejna fala, to byli ci, którzy już tam gdzieś mieli kogoś znajomego, jakiś punkt zahaczenia, bo zobaczyli jak gwałtownie wzbogacili się ich koledzy. Często były to osoby, które już ukończyły te swoje wymarzone studia, a rynek pracy boleśnie zweryfikował ich niedoszłe aspiracje.
Problem w tym, że natura nie znosi próżni. Po otwarciu granic zassało od nas całą rzeszę ludzi, którzy coś umieli (lub mieli odwagę zawalczyć o coś więcej na obczyźnie), a tymczasem w również bogacącej się Polsce na rynku zaczęło brakować fachowców. Okazało się, że ci wszyscy ludzie z „wyższym wykształceniem”, którzy zasilili szeregi rozrastającej się biurokracji lub zamienili się w korposzczury w zagranicznych koncernach, jak pokupowali swoje pierwsze lub drugie mieszkania (oczywiście w znakomitej większości na ogromny kredyt) muszą nagle czekać miesiącami na stolarza, elektryka, kafelkarza – a ich usługi kosztują nagle majątek.
Dziś jesteśmy w punkcie, w którym mamy całe pokolenie (lub 2) ludzi, którzy zostali „oszukani” wizją, że przyszłością są tylko studia wyższe – nieważne jakie. Jednocześnie do dziś mamy totalną zapaść w sektorze rzemieślniczym. Owszem, powstało trochę szkół uczących zawodu dla dorosłych, którzy chcą się przebranżowić, ale jakość ich kształcenia jest co najmniej dyskusyjna.
Wydaje mi się, że wiem co mówię, bo miałem okazję pracować jako osoba szkoląca chętnych do przebranżowienia się – tu akurat na programistów. Obcenie zaś moja żona jest też nauczycielem florystyki w jednej z gdańskich szkół dla dorosłych.
W przypadku firm prywatnych – organizujących różne kursy – jest to trochę sprzedawanie marzeń. To jednak biznes i nie byłoby zbyt korzystnie na starcie powiedzieć chętnym, że tylko mała część z nich faktycznie tymi programistami zostanie. Potencjalnie każdy ma przecież szansę, to nie jest fizyka kwantowa, ale realia są takie, że mnóstwo ludzi zderza się z brakiem czasu, chęci i finalnie odpada z poczuciem raczej wtopionej kasy.
W przypadku szkół dla dorosłych – jest duży nacisk na zdawalność i przygotowanie do egzaminów, a nie na praktykę. Takie szkoły są często bezpłatne dla uczących się, ale płaci za to ten czy inny podmiot państwowy. Widać więc, że mamy sprzeczny interes – szkoła dostaje kasę za każdego kursanta, więc ma ich być dużo i mają zdać, a dzieje się to kosztem obniżenia standardów nauczania. W sumie koniec końców i tu przetrwają tylko najbardziej zmotywowani.
Z drugiej strony – dobrze że jednak jakaś możliwość przekwalifikowania się i zdobycia praktycznego wykształcenia jest. Ludzie widzą, że na rynku jest duża luka – problem w tym, że potrzeba głównie ludzi z doświadczeniem, gotowych pracować na 100% od zaraz, a nie dopiero do przyuczenia. Technologia też nie stoi w miejscu – każdy fachowiec musi się wciąż dokształcać i specjalizować, a to tylko podwyższa poprzeczkę dla nowych na rynku pracy.
Mnie osobiście smuci też fakt, że coraz więcej zawodów wymiera. Oczywiście, takie czasy, postęp, wiele zawodów jest już zupełnie niszowych. Problem jednak w tym, że gromadzona przez pokolenia wiedza zaczyna zanikać, lub staje się bardzo elitarna. Stajemy się wysoko rozwiniętym społeczeństwem konsumentów, ludzi którzy wolą zepsutą rzecz raczej wyrzucić i kupić nową, niż naprawić – często trywialną usterkę.
Oczywiście producenci też tego nie ulatwiają, tworząc „jednorazówki” lub produkty z założenia nierozbieralne lub nienaprawialne (bo koszt naprawy jest zbliżony kosztu zakupu nowego urządzenia). Idziemy w niebezpiecznym kierunku znanym z „zachodu”, gdzie zwykły człowiek ma przysłowiowe „dwie lewe ręce” i nie potrafi praktycznie niczego zrobić samemu, a do wszystkiego trzeba wezwać fachowca. Coraz mniej wśród nas tzw. „złotych rączek”. Jeszcze trochę i zgubimy naszą narodową polską zaradność 🙂
Na koniec tych przemyśleń, chciałbym wrzucić filmik, który napawa mnie optymizmem. Cieszy mnie, gdy widzę młodych ludzi, którzy już na progu swojego dorosłego życia dostrzegają, że warto wrócić do podstaw, że warto uczyć się zawodu, że umiejętności praktyczne są dużo ważniejsze niż przerzucanie papierków w korporacji. Oby ten trend się rozwijał.
Komentarze
Ładowanie komentarzy…